O autorze
Mama dwójki pociech, inicjatorka Tablicy Rodzica, angażująca się w działalność społeczną, audytor w Szlachetnej Paczce. Zdecydowanie proaktywna. Pomaga mamom w budowaniu ich własnych biznesów i pokazuje w jaki sposób osiągnąć niezależność finansową. Dąży do harmonii w życiu, posiadania czasu dla rodziny, możliwości realizowania swoich pasji, podróżowania i rozwoju.

Zloty motywacyjne - ogłupiają czy pomagają?

pixabay.com
Zafascynowana obietnicami lepszego życia uległam złudzeniu, że mam mieć wielkie marzenia…

Gdy po raz pierwszy pojechałam na seminarium szkoleniowe w pewnej firmie marketingu partnerskiego (nazywanego też wielopoziomowym lub popularnie MLM ) nie wiedziałam, że to był ten moment zmiany mojego życia o 180 stopni.

Na scenę wyszedł starszy pan o miłym uśmiechu. Posługiwał się całkiem prostym angielskim, co wywołało we mnie dodatkową ekscytację, że rozumiem, co to do mnie mówi. Zdziwiona ilością osób, które chcą sobie zrobić z nim zdjęcie zaczęłam się zastanawiać, kim on właściwie jest. Przyznam, że tak naprawdę nie wiedziałam, że ten starszy, miły pan to guru motywacji – Brian Tracy. Nie było we mnie jeszcze tych emocji, oprócz racjonalnego myślenia, że całkiem mądrze mówi. Wróciłam po całym dniu „prania mózgu” ( tak większość określa seminaria czy szkolenia rozwojowe) i zasiadłam do wykonania ćwiczeń.

Wtedy po raz pierwszy siedziałam nad pustką kartką i zastanawiałam się, co mam napisać o swoim życiu za pięć lat. Napisałam nierealną kwotę, jaką chcę zarabiać i stwierdziłam, że nie ma rzeczy niemożliwych. To było prawie pięć lat temu. Nie zarabiam takiej kwoty, ale dzięki temu, że zaczęłam poświęcać dużo uwagi rozwojowi osobistemu zebrałam przez ten okres naprawdę dużo różnych doświadczeń. Ot, po prostu życie… w różnych jego odcieniach.

Zastanawiam się, dlaczego ciągle mało było mi szkoleń, książek, webinarów i różnych innych form ciągłej motywacji, tak naprawdę pustej motywacji? Chyba dlatego, że na nowo chciałam uwierzyć w swoje nierealne marzenia, jeszcze jak byłam małą dziewczynką. Dodatkowo cały czas słyszałam, że to jest możliwe i wszystko zależy tylko i wyłącznie ode mnie. To dawało mi siłę do działania, do podejmowania nowych wyzwań, do przekonywania samej siebie, że dam radę. I to było bardzo dobre. Dużo pozytywnych rzeczy zadziało się w moim życiu. Poznałam nowych ludzi, byłam w nowym środowisku. Ale…


Zawsze musi być jakieś „ale”. Po jakimś czasie zaczęła mi doskwierać dziwna, wewnętrzna pustka. Miałam wrażenie, że to wszystko jest takie „napompowane”. Odezwała się moja intuicja. Co z tego, że po każdym szkoleniu czułam w sobie „magiczną moc”, gdy kończyło się to zaraz po pierwszym niepowodzeniu i entuzjazm do działania malał z dnia na dzień. Nastąpił jednak splot pewnych wydarzeń, który uporządkował i poukładał w odpowiednich szufladkach moje wartości.

Bo zacząć powinno się od wartości. Naszych wewnętrznych, którymi się kierujemy w życiu, które są dla nas ważne. Spotkania motywacyjne to pokaz umiejętności manipulacji nieświadomych siebie ludzi. Na tamtym etapie życie zdecydowanie dałam się lekko zmanipulować. Byłam chłonna jak gąbka. Ciągle mi było mało, ciągle szukałam. Tak naprawdę to było dużo gadania, a mało konkretów – chociażby narzędzi do realizacji zadań. Fascynacja mówcami motywacyjnym trwa u mnie cały czas, jednak dziś świadomie słucham, co mówią. Największym sprawdzianem mojej wewnętrznej zmiany był udział w nagłośnionym wydarzeniu w Poznaniu „Życie bez ograniczeń” (napiszę też kiedyś o tym). Nie było już we mnie tych wszystkich emocji, co kiedyś. Tylko wewnętrzny spokój. Dlaczego? Wcześniej za mało dałam sobie czasu na poznanie siebie, na wyznaczenie wartości, które prowadzą mnie w życiu i mojego własnego kodeksu moralnego, własnych celów, które są zgodne z tym, co mi w duszy gra... I ciągle mi brakowało w układance nazywanej życiem jakiś puzzli…. ( nie oznacza, że teraz są wszystkie, ale jest zdecydowanie lepiej)

Co się zmieniło?

Okazało się, że nadal mogę mieć wielkie marzenia, ale teraz wiem, jak je realizować. Przysłowiowo „siadłam na dupie” i zaczęłam od początku, każdego dnia małymi kroczkami zmierzać do mojego celu. A właściwie do moich celów, bo jest ich więcej niż tylko jeden. Zweryfikowałam, co jest dla mnie dobre, z czym dobrze się czuję. Nie uczestniczę w każdym seminarium, które mnie zainteresuje. Przyznaję, że kiedyś potrafiłam jechać z małym dzieckiem, aby tylko być. Teraz już nie mam takiej potrzeby. Wybieram to, co da mi możliwość zdobycia nowych umiejętności i jest naprawdę wartościowe, a nie tylko „bełkotem” i „skakaniem na scenie” dla poprawy atmosfery :)

To świadomość stała się kluczem zmian, a nie pusta motywacja.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...