O autorze
Mama dwójki pociech, inicjatorka Tablicy Rodzica, angażująca się w działalność społeczną, audytor w Szlachetnej Paczce. Zdecydowanie proaktywna. Pomaga mamom w budowaniu ich własnych biznesów i pokazuje w jaki sposób osiągnąć niezależność finansową. Dąży do harmonii w życiu, posiadania czasu dla rodziny, możliwości realizowania swoich pasji, podróżowania i rozwoju.

Budzikom śmierć, a może warto porozmawiać?

pixabay.com
Nie radzimy sobie z organizacją porannego wstawania, ale budzika i tak nie kupię...

Im bardziej lubię mieć zaplanowany dzień i poszczególne czynności, tym bardziej nie wychodzi mi to w kontekście porannego rytuału wstawania naszych szkrabów.

W zależności od moich obowiązków i tego, co rano chcę jeszcze zrobić ( pobiegać, poćwiczyć czy coś popisać lub poczytać) wstaję między 6.00 a 7.00. Czasem też, mimo chęci zaczęcia dnia jako ranny ptaszek nie mogę się zwlec z łóżka i z czystym sumieniem przekładam moje aktywności na później, na wieczór lub na kolejny dzień.

Problem pojawia się, gdy wchodzę do pokoju dzieci i widzę ich rozanielone w śnie błogie twarzyczki. Pamiętam z dzieciństwa budzik, podobny do tego ze zdjęcia, tylko trzy razy większy i w białym kolorze. Jak zadzwonił to nieprzytomna zrywałam się na równe nogi, zła na cały świat, że nie mogę jeszcze powspominać moich marzeń sennych. I gdy sobie to przypomnę, to stwierdzam, że takiego rozwiązania nie zafunduję dzieciom, choć nie mam pomysłu jak rano ich postawić do pionu.

Próbowaliśmy już na różne sposoby. Oczywiście budzik też był. Na szczęście się rozbił. Kolejnym pomysłem była cudowna muzyka szumiącego morza, która mnie budzi z uśmiechem na ustach. Niestety na dzieci nie zadziałała. Myślałam też o pięknej muzyce dzwonków wietrznych, ale termin ich zakupu przesunęłam na bliżej nie określony, bo są ważniejsze wydatki. Puszczałam też płyty z ulubionymi piosenkami, ale kończyło się na śpiewaniu w łóżku bez chęci współpracy z mamą, która z minuty na minutę była coraz bardziej zdenerwowana.


I pewnego dnia pomyślałam, że najwyższy czas zrobić naradę rodzinną. Na mnie spoczywa ten miły obowiązek budzenia, ubierania i odprowadzania dzieci do przedszkola. Czasem zdarza się, że mąż dzieci zaprowadzi. Nie zmienia to jednak faktu, że prawie każdego dnia przebierałam nogami jak małe dziecko i krzyczałam, że mam dość jak oni się nie ubierają. Musiało to naprawdę komicznie wyglądać :)

Tak naprawdę nigdy nie poinformowałam dzieci, dlaczego tak bardzo mi zależy, żeby nasze poranne rytuały przebiegły sprawnie. Na naradzie powiedziałam, że nie lubię na nich krzyczeć. Chcę, aby rano było miło. To,  że przeciągają w nieskończoność wstawanie z łóżka, ubieranie się i mycie sprawia, że się spóźniamy na śniadanie do przedszkola. Ja tez się spóźniam na autobus do pracy, a potem mam w pracy nieprzyjemności.

I poskutkowało. Nie mówię, że jest idealnie. Oczywiście, że nie jest. Młody śpi czasem do oporu i ubieram go "po śpiącku" czy "na śpiocha", czyli jeszcze nie zdąży dobrze otworzyć oczu, a już spodnie i podkoszulka ubrane :)

A córka pyta, ile czasu mamy do wyjścia lub o której mam autobus. Mimo,  że nie zna się jeszcze na zegarku szukam odpowiednich porównań, aby mogła sobie wyobrazić, ile ma czasu na poszczególne czynności. Ubranie podkoszulki to tyle samo, co wzięcie kubka do zębów i napełnienie go wodą. Ubranie spodni to tyle, co posmarowanie kromki chleba masłem. Radzimy sobie nowym sposobem. Jest o wiele lepiej.

I pomyśleć, że mogłam wcześniej usiąść i po prostu powiedzieć o co mi w tym wszystkim chodzi...

Cały czas widzę, że jeszcze dużo pracy nad sposobem komunikacji w rodzinie :)

Polecam książki z NVC/Porozumienia bez przemocy z wydawnictwa MIND
Trwa ładowanie komentarzy...